Golgota Gorlicka


 

 

W marcu 1973 - postawiono tu krzyż na pamiątkę zakończenie Peregrynacji Kopii Obrazu Jasnogórskiego w Symbolach Pustych Ram i Świecy z diecezji tarnowskiej do przemyskiej przy współudziale dziesiątków biskupów, a wśród nich kardynała Karola Wojtyły.

Wielki Czwartek 1994 - pierwsza droga krzyżowa spod budowanego kościoła Św. Andrzeja Boboli na Gorlicką Golgotę.

Lato 1994 - wykonanie pierwszego – górnego dojazdu – na teren późniejszej budowy kaplicy Grobu Pańskiego. Prace ziemne wykonywała firma „Potok” ze Stróżówki. Wcześniej nie było żadnego dojazdu do tej parceli. Poza wykonaniem dojazdu, wyrównano również nieco teren, ale tylko „nieco”.

1998 - podjęcie starań o uzyskanie zezwolenia na budowę kaplicy. Starania się przeciągają, gdyż teren przyszłej kaplicy jest przewidziany na inne cele. Odstępstwo od planu tylko na tych działkach pociągnęłoby niepotrzebne koszty. Zresztą Parafia miała w tym czasie jeszcze inne pilne prace budowlane.

 

 

Kaplica na Golgocie miała być wzniesiona jako podziękowanie Panu Bogu za specjalne błogosławieństwo przy budowie kościoła Św. Andrzeja Boboli, a równocześnie jako podziękowanie Panu Bogu za 2000 lat chrześcijaństwa. 

Przedłużające się oczekiwanie na obiecane pozwolenie na budowę kaplicy zachęciło do wcześniejszego wznoszenia drogi krzyżowej na Gorlickiej Golgocie. Ks. Proboszcz Parafii Św. Andrzeja Boboli poddał projektantowi p. architektowi mgr Julianowi Klimkowi pod rozwagę dwie możliwości:

  1. umieścić poszczególne stacje w przywiezionych głazach jako nawiązanie do faktu, że tu był kamieniołom, z którego pozyskiwano kamień na odbudowe Gorlic, albo też
  2. umieścić je w „wymurowanych” fragmentach murów nawiązując do legendy, że kiedyś na tym wzgórzu  Zamkowym stał kościół, a może i miasteczko  

Architekt jednak bał się takich rozwiązań i zaproponował umieścić je we wzniesionych na tym wzgórzu kapliczkach przydrożnych, które nawet naszkicował. Wśród przydrożnych kapliczek miała być również symboliczna baszta.

Prace zaczęliśmy właśnie od owej baszty. Problem wyszedł na samym początku. Własnością Parafii było tylko niepełne 30 arów wokół dzisiejszej kaplicy. Zmieścić na 30 arach kaplicę i 14 stacji było niezmiernie trudno. 

Wcześniej znacznie szukałem odpowiedniego kamienia. Najpierw pojechałem do Męciny koło Nowego Sącza, ale tam tego kamienia  już nie wydobywano. Pojechałem więc do Klęczan k/Nowego Sącza. Tam spędziłem w kamieniołomie kilka godzin, szukając odpowiedniego pokładu i badając możliwości uzyskania odpowiednich głazów, by w nich umieścić poszczególne stacje.

Kamieniołom klęczański przeszedł wówczas już sławną „restrukturyzację” – to znaczy prawie upadł. Zakład, który wcześniej zatrudniał setki ludzi pracujących na 3 zmiany, z którego wywoziło się setki wagonów klińca używanego zwłaszcza do budowy torów kolejowych, pracował teraz jako malutki kamieniołom, gdzie pracowało zaledwie kilka maszyn i to bardzo sfatygowanych. O wydobyciu większych głazów, o jakich myślałem, mowy nie było. Trzeba by było czekać chyba całymi miesiącami, by od czasu do czasy udało się takim sprzętem wydobyć odpowiedni „kęs” kamienia. Majstrzy, czy też właściciel wyrażali wielką chęć pomocy, ale nie widziałem możliwości otrzymania tam odpowiednich na „głazy” kamieni. Pojechałem więc do Komborni, ale i tam w tym czasie nie było takich możliwości.

Dowiedziałem się też, że w Lipowicy za Duklą (tuż przed pustelnią św. Jana z Dukli) jest kamieniołom, z którego biorą kamień na melioracje. Podjechałem tam, by się przekonać na miejscu, jakie są możliwości. Owszem, tam były największe, ale pochodzące z kamieni „warstwowych”, a więc dwie ściany równoległe gładkie. Może by nawet była i możliwość wybrania dużych głazów, ale po zastanowieniu się zrezygnowałem z tego pomysłu. Najpierw brakowało „charakterystycznych”, a więc o jakichś specjalnych kształtach, obrobionych przez czas i siły przyrody. Były tylko popękane o ostrych krawędziach. Takie byłyby na Golgocie dość sztuczne – przynajmniej według mnie. Do tego dochodziły jeszcze względy praktyczne. Trzeba było kamień taki załadować, zawieźć na miejsce, a dojechać na samo wzgórze było wówczas dość trudno. A na samych szczycie był potrzebny za każdym samochodem dźwig, by kamień taki z miejsca ustawić. A więc dojeżdżać za każdym razem dźwigiem. Kto zapłaci… Nie nawykłem do takiej rozrzutności na budowie. Przemówiły więc względy praktyczne. Będziemy brać kamień, ale do murarki.

Kamień pozyskiwany w Lipowicy był różny. Można było sobie wybrać duże głazy, lub mniejsze, a nawet potłuczony. Kamień tam był wysadzany dynamitem, chociaż skała warstwowa już sama była popękana. Kamień twardości i jakości podobny do tego z Mucharza, nadawał się do prac melioracyjnych i drogowych. Natomiast nie nadawał się tradycyjnej obróbki kamieniarskiej, jako zbyt twardy. Ale do murarki  „na dziko” był dobrym.

Kamienie woził nam Stanisław Karp. Początkowo wóz w kamieniołomie nie był ważony. Ale często właśnie w pobliżu kamieniołomu czyhali z Inspekcji Drogowej ze specjalną wagą. Trzeba było wybierać godziny, by nie podpaść. Bo z takimi inspektorami nie było żartów. 

Do pracy przystąpiliśmy z wielką ochotą wiosną roku 2002. 

Pod koniec naszych prac okazało się, że lepiej było jednak korzystać z drobniejszych kamieni przywiezionych z tamtego kamieniołomu. Mniej wymagały siły i czasu, a nie były gorszymi, mimo, że najczęściej były to kamienie o ostrych kątach. Po kilku tygodniach kilka samochodów przywiezionego dużego kamienia, zostało połupane.

Pracę, jak wspomniałem rozpoczęliśmy w sierpniu, i to w drugiej połowie roku 2002. 

Najpierw była budowana baszta. Mimo tego, że nasi „murarze” po raz pierwszy mieli do czynienia z murowaniem, a tylko jeden wcześniej murował cegłą, dość szybko zaczęli murować dość poprawnie. Nie było to murowanie artystyczne czy fachowe, ale właśnie o to chodziło. Mury baszty dość szybko stanęły. Trzeba było pomyśleć o dachu, krążynach, o przykryciu. Fasowanie dachu baszty „wykonał” człowiek, który od lat już nie wykonywał zawodu blacharza i zeszło mu to dość długo…. Ale w końcu skończył. Gonty papowe położył Jaś Słowik. Przy krążynach do dachu dopomógł nam Kazimierz Wcisło dając nie tylko robociznę, ale kilka swoich grubych desek….

Baszta według planów miała być pusta i… mniejsza, ale nieco powiększyłem i zrobiłem otwór, by później umieścić tam figurę Chrystusa Frasobliwego, względnie przy słupie. Ale gdy ją dostałem, trzeba było rozebrać fragment ściany, bo Pan Jezus Frasobliwy nie przeszedł przez pozostawiony otwór. Już Go nikt stamtąd nie wydostanie bez rozbiórki muru…. Otwór trzeba było jednak zaszklić, by nie nadmuchało śniegu i nie naniosło liści czy jakichś śmieci….

Zmieniono też koncepcję drogi krzyżowej. Zrezygnowano z kapliczek, a nawiązano do legendy zamku i kościoła.

Pomysł bram powstał już przy robieniu wykopów pod fundamenty. Żeby podkreślić „wyprowadzenie poza miasto”, już przy 3 stacji umieściłem bramę. Pomysł takiego usytuowania bramy wyszedł od Józefa Bracha. Brama ta bardzo „przystroiła” teren wokół krzyża i sam początek drogi krzyżowej. Martwili się nasi „przyuczeni do zawodu kamieniarskiego” panowie Jan Słowik, Józef Brach i Władysław Zieliński, jak można zrobić takie sklepienie, ale poszło im to znacznie lepiej niż myśleli. 

Prace szły naprawdę szybko. Już późną jesienią mogliśmy wykonać jeszcze grotę MB Bolesnej. Przy kopaniu wykopów na fundamenty dokopaliśmy się kilku małych zaskrońców pogrążonych we śnie zimowym…. Otwór groty dostosowaliśmy do kraty kowalskiej, którą własnoręcznie wykonałem jeszcze bodaj w roku 1986  na plebanię. Nawet była tam zamontowana, ale ją ściągnęliśmy do malowania , by jej więcej nie założyć. 

W roku 2003 otrzymaliśmy obiecywane zezwolenie na budowę kaplicy. Kierownictwo budowy wziął mgr inż. Wacław Kozłowski. 

Wytyczenia budynku dokonał inż. Zygmunt Paruzel, który bardzo często wypoczywał na tym wzgórzu po swej pracy. Wszystkie prace wykonał bezpłatnie. Już przy wytyczeniu obróciliśmy oś budynku o 90 stopni, gdyż baliśmy się wschodnich wiatrów, które byłyby bardzo dokuczliwe.

Prace budowlane rozpoczęliśmy 18 kwietnia 2003r.

Przejeżdżając przez Gorlice widziałem budowane wówczas Osiedle XXX-Lecia, ale nigdy nie przypuszczałem, że tam kiedyś zostanę proboszczem i budował będę kościół. Tym bardziej spoglądając później z okna wybudowanej plebanii w stronę wzgórza, nazwanego teraz Gorlicką Golgotą, nie przypuszczałem, że tak ona będzie wyglądać.

Mieszkając w Gorlicach, lubiłem dla relaksu wędrować po Parafii oraz po okolicy. Często były to wędrówki za  potrzebnym do pracy człowiekiem, czasem dla jego odwiedzin, gdy był chory, a niekiedy z ciekawości. Szedłem dość często przez funkcjonującą jeszcze początkowo cegielnię na ulicy wówczas jeszcze Pstrowskiego (teraz Okulickiego) i dolinką potoczku koło Państwa Gomułków i Myszkowskich na Łysą Górę. Niekiedy wchodziłem na nią obok domu Łużyńskich. Ale nęciła mnie bardzo niższe nieco wzgórze. Zarośnięte było mocno tarniną. Na skraju był krzyż postawiony tam w marcu 1973 roku na pamiątkę zakończenia Peregrynacji Obrazu Jasnogórskiego w Symbolach. Krzyż ten otoczony był wielką troską Państwa Brachów oraz Zielińskich, mieszkających u podnóża – właścicieli tej parceli. Nie tylko dbali o porządek przy krzyżu, ich żony i córy sadziły kwiaty i podlewały je, ale zasadzono tam obok krzyża świerki, lipy i inne krzewy. Z drogi, która wiodła do ich domów początkowo z kamieni zrobili strome schody, by można było podejść do krzyża i tam się pomodlić. Później Józef Brach z pozostałych płytek chodnikowych zrobionych na placu budowy dla zabezpieczenia izolacji pionowej w budowanym kościele, wykonał sam lepsze schody, do których w roku 2004 Jaś Słowik dorobił stalową barierkę. Pod krzyżem Józef Brach własnym kosztem zrobił ławki, by można było usiąść. Wykonał też lampy i doprowadził prąd ze swego domu, by oświetlić ten teren. Na samym krzyżu porobił instalację elektryczną i w niektóre dni w ciągu roku krzyż ten błyszczał na firmamencie nieba… Niesamowicie wyglądał w czasie naszych dróg kryzowych między gwiazdami… Pewne dziecko w czasie takiej drogi krzyżowej, pokazując mamusi paluszkiem świecący między gwiazdami krzyż, zadało jej pytanie: „Mamusiu, to tam już niebo?”….

Wybrałem się i ja na to wzgórze, początkowo nie wiedząc co na nim jest. Owszem doszedłem po tych kamiennych schodach pod krzyż. Zobaczyłem kwiaty, ławeczki. Spotykałem tam też i Józefa, który najbardziej dbał o to miejsce. Bywał też tam i Władysław Zieliński – szwagier Józefa. Niekiedy podchodziłem na to wzgórze z drugiej strony, przez tarninę. Wzgórze, podobnie jak obecnie miało dwa tarasy. Wyższy, na którym nie było krzaków poza tarniną na jej skraju, oraz niższy z wykrotami po wyrobisku. Ale trochę już wyrównane, bo chłopcy grali tam niekiedy w piłkę. Właściciele zasadzili tam świerki, ale pewnego razu sucha trawa została podpalona, a z trawą spaliły się również zasadzone świerki czy jodły. Zasadzono modrzewie, ale wiele z nich zostało zniszczonych przez grających tam chłopców. Oczywiście, dochodziło tam niekiedy do różnych scen, nie zawsze spokojnych.

Tak w czasie kolędy, jak i przy spotkaniach, tak Władysław Zieliński, jak i Józef Brach oraz ich żony wspominali, że ich rodzice bardzo pragnęli, by na tym wzgórzu stanęła jakaś niewielka nawet kapliczka. Poczytywali to nawet za testament, który muszą jakoś spełnić. Ale ani warunki materialne, ani też tym bardziej panujący system polityczny (władza ludowa), gdzie uzyskanie zezwolenia na budowę kapliczki była niemożliwe, nie pozwalały na spełnienie ich wielkich pragnień. Obiecywałem, że, gdy się uporamy z budową kościoła, wówczas pomyślimy i o kaplicy na tym wzgórzu.

W 1994 roku we Wielki Czwartek mieliśmy wyruszyć na drogę krzyżową w terenie. Ksiądz Jan Krynicki proponował ulice miasta. Ja nie chciałem wychodzić na ulice, by nie budzić niezdrowej sensacji z powodu drogi krzyżowej tam odprawianej. Była ona bowiem wówczas jeszcze rzadkością w naszej Ojczyźnie po latach komunistycznego zniewolenia. A przecież taka była prawdziwa Droga Krzyżowa Pana Jezusa i taka jest i…. nasza. Ale nasza to co innego, bo na skraju miasta.

Wówczas ulica ta (Krakowska) była wyasfaltowana tylko do pana Józefa Górskiego (skrzyżowanie z drogą wiodącą na Taborówkę). Dalej droga (wówczas już ul. Zamkowa, jak obecnie) była bardzo wyboista, do tego częściowo oberwana.  Od wymienionej krzyżówki nie była jeszcze wyasfaltowana. Ruch tam był mały, gdyż ciężko było przejechać, a i samochodów mieszkańcy wsi mieli znacznie mniej, niż robotnicy w mieście. Ja poddałem jako trasę drogi właśnie to wzgórze. Nieśmiało użyłem nazwy „Gorlicka Golgota”. Chwyciła z miejsca. Jeszcze bardziej zastanawiające było dla mnie, gdy pani Bronisława Betlej, która dowiedziawszy się o budowie naszego kościoła jako Wotum Wdzięczności Bogu za Papieża Jana Pawła II, przyjechała do Gorlic i popatrzyła z okna mojego mieszkania na to wzgórze i nic nie wiedząc o moim zamyśle, zakrzyknęła: „Jaka piękna Golgota!”. Zdziwiony pytam skąd ona wie, że to Golgota. Tak mi się kojarzy – odpowiedziała. Czyżby telepatia? Bo i mnie to wzgórze tak się jakoś kojarzyło.

Jednym z przewodników turystycznych w Gorlicach był pan Adam Turowicz, krewny redaktora Tygodnika Powszechnego. Poprosiłem go, by mi coś napisał na temat tego wzgórza. Przyniósł mi 2 strony maszynopisu (komuś pożyczyłem i do mnie notatki nie wróciły. Dobry zwyczaj, nie pożyczaj…”), w którym przytoczył legendę znaną tutaj dość powszechnie, że na tym wzgórzu stał kościółek św. Małgorzaty, który się zapadł oraz, że starsi mieszkańcy opowiadali, że z tego wzgórza ich ojciec woził kamienie na odbudowę Gorlic. Kamienie były jakby brane z muru, bo były na nich ślady wapna…. A jeden z sąsiadów tamtejszych mówił, że stamtąd brano piasek. Gdy pewnego razu gospodarz nakopał sobie piasku na pełną furmankę (nie było oczywiście wówczas samochodów – co za zacofanie!), poszedł do domu na obiad. A gdy wrócił, piasku już nie było. Na jego miejscu była dziura, w której ów piasek znikł…. Może piasek znikł, ale nie w dziurze, ale zabrany przez kogoś sprytniejszego …. A może to tylko żart?.... Z całą pewnością mogę stwierdzić, że w czasie całych prac na Golgocie nie napotkałem na żaden ślad murów czy nawet jakiegoś gruzu świadczącego, że pochodzi on z murów. Natomiast mogę stwierdzić, że kamień, który był na powierzchni nie nadawał się jako dobry materiał na budowę – tym bardziej kamieniarkę i obróbkę, bo jest zbyt słaby, a do tego mocno popękany i zwietrzały. Mógł dawniej służyć na bardzo kiepski mur, a miejscami jako piasek, gdyż zwietrzały nie potrzebował wiele wapna, mając wiele gliny.  Przyznać jednak trzeba, że w szczelinach popękanej bardzo skały były już nie tylko ślady wapna, ale niekiedy znaczne żyły ( do 1 cm grubości). Można też spotkać nacieki skalne przezroczyste w formie kryształów. Gdyby to było w jaskini, jakże piękne byłyby to stalaktyty…. Według wspomnień niektórych pod kamieniami ma być…. pustka, a gdy się przyłoży ucho do ziemi, można usłyszeć głos dzwonu…. (ale musi to być chyba takie ucho, które wszędzie taki glos usłyszy!)